Biega w kosmicznym tempie, bije rekordy kraju i ma jasny cel: finał Igrzysk Olimpijskich. Bartosz Kitliński, rekordzista Polski U23 na 1000 m, to postać, o której w świecie lekkoatletyki jest i będzie głośno. Za sukcesami młodego mistrza kryje się niezwykła rodzinna historia. Z okazji Dnia Ojca zaglądamy za kulisy relacji, w której tata jest równocześnie wymagającym trenerem i największym kibicem.

Fot. PZLA
Bieganie w rodzinie Kitlińskich to coś więcej niż sport – to prawdziwa sztafeta pokoleń. Lekkoatletyczne szlaki przecierał dziadek Bartosza, Marek Kitliński, który przez wiele lat był szkoleniowcem lekkoatletycznej sekcji klubu Unia Hrubieszów. Wychował wielu mistrzów, w tym m.in. rekordzistę Polski na 5000 m, Artura Kerna czy trzykrotnego olimpijczyka w chodzie sportowym, Rafała Fedaczyńskiego. Śladami Marka poszedł syn, Piotr Kitliński, który najpierw sam święcił triumfy na bieżni, a później stanął przy niej z stoperem w ręku, by szkolić swoich synów – Michała i Bartka. Dziś Bartosz Kitliński jest jednym z najbardziej obiecujących średniodystansowców w Europie. Właśnie pobił wieloletni rekord Polski U23 na 1000 m Adama Kszczota, uzyskując rewelacyjny czas 2:15.81.Jednak początki wcale nie zwiastowały wielkiej kariery.
„Jak mu powiedzieć, że się nie nadaje?”
Choć pierwszą styczność z bieganiem miał już w przedszkolu podczas startów w biegach ulicznych, to na regularne lekkoatletyczne treningi na stadionie zaczął przychodzić w wakacje między drugą, a trzecią klasą szkoły podstawowej. Jak sam przyznaje, na początku napędzała go głównie chęć dorównania starszemu bratu. Problem w tym, że brat odnosił sukcesy, a mały Bartek zostawał w tyle.
„Tata po latach przyznał się, że na początku zastanawiał się, jak delikatnie mi powiedzieć, że nie mam do tego talentu i się nie nadaję” – śmieje się dziś Bartek.
Kryzys przyszedł w piątej klasie. Sfrustrowany brakiem wyników, przyszedł do rodziców zapłakany, z postanowieniem rzucenia sportu. Wtedy do akcji wkroczyła mama Agnieszka, również trenerka i swego czasu znakomita zawodnicza średniodystansowa. Rodzice usiedli z nim i spokojnie wytłumaczyli, że w ich rodzinie mężczyźni po prostu później dojrzewają fizycznie. Obiecali, że jeśli tylko uzbroi się w cierpliwość, wyniki w końcu przyjdą. Mieli rację. Przełom nastąpił niedługo później, podczas wojewódzkich zawodów przełajowych, gdzie Bartosz wygrał w swoim roczniku. Wtedy po raz pierwszy w głowie młodego chłopaka zrodziła się myśl: „O kurczę, ja naprawdę potrafię dobrze biegać!”.

Fot. Archiwum prywatne
Dom to dom, bieżnia to bieżnia
Jak połączyć rolę troskliwego ojca z funkcją trenera, który musi wymagać morderczej pracy na treningach. Receptą Kitlińskich jest wyraźne oddzielenie tych dwóch światów.
W domu panuje pełen luz. Tata nie kontroluje obsesyjnie diety syna, a sportowe rozmowy toczą się naturalnie, bez presji. Jednak gdy tylko przekraczają bramy stadionu, wchodzą w pełen profesjonalizm.
„Dla zachowania pozorów, kiedy muszę go zawołać z drugiego końca stadionu, krzyczę: Trenerze!, a nie Tato!”
– zdradza z uśmiechem Bartek.
Co ciekawe, uczeń już dawno przerósł mistrza. Bartosz wypchnął ojca z historycznych tabel wyników. Wzajemne dogryzanie sobie w tej kwestii to ich stały element relacji.
„Czasem nie ukrywam, że zażartuję sobie i rzucam do niego z uśmiechem: Tato, jestem od ciebie lepszy!.
A on mi wtedy od razu błyskotliwie odpowiada: No pewnie, bo masz lepszego trenera!”.
Zresztą, jak wspomina sam Bartosz, tata, choć sam był znakomitym biegaczem, przyznał mu kiedyś wprost, że obecne starty syna z perspektywy trybun kosztują go znacznie więcej nerwów, niż gdy sam stawał na linii startu.

Fot. Archiwum prywatne
Gen rywalizacji i olimpijskie marzenia
To, że uczeń faktycznie przerósł mistrza, udowadniają dziś liczby. Oprócz fenomenalnego rekordu Polski U23 na 1000 metrów, Bartosz regularnie śrubuje „życiówki” na dystansie 800 metrów. Ostatnio wybiegał minimum na Mistrzostwa Europy seniorów i każdym startem udowadnia, że jest w wybitnej formie.
Za tymi świetnymi wynikami stoi niesamowita ambicja i absolutna niechęć do przegrywania, która od lat napędza całą rodzinę. Ten gen rywalizacji ujawnia się nie tylko na bieżni, ale nawet podczas domowych gier w planszówki. Gdy ktoś z rodziny przegrywa, potrafi mu się zepsuć humor na resztę wieczoru.
Dziś Bartosz Kitliński celuje w najwyższe stawki. Pytany o swoje największe sportowe marzenie, odpowiada bez wahania: Igrzyska Olimpijskie. Zaznacza jednak stanowczo, że nie interesuje go wyjazd w roli „turysty”. On chce walczyć o finał i medale.
W Dniu Ojca, pytany o to, za co najbardziej dziękuje tacie-trenerowi, sportowiec podsumowuje:
„Dziękuję mu za to, że wprowadził mnie w ten świat, pokazał mi drogę, ale nigdy mnie do niej nie zmuszał. Dał mi wybór, a ja z niego skorzystałem”.
